
Świadectwa powołania
Kilka dni temu minęło 58 lat od mojego wstąpienia do klasztoru. Pochodzę z wioski niedaleko Głogówka. Pamiętam ten moment, naszą wyprawę. Do Nysy wcale nie było tak łatwo się dostać. Końmi musieliśmy dojechać do Głogówka, a potem dalej podróżowaliśmy pociągiem. Pomyliły nam się stacje, ale na szczęście zdążyliśmy wrócić do wagonu. Szczęśliwie dotarłam na miejsce, by zacząć nowe życie. Miałam wtedy 21 lat. Tata już nie żył. Towarzyszyła mi mama i młodszy brat. Nie chciałam iść do klasztoru. U Elżbietanek miałam już trzy ciocie. Czasami zagadywały mnie, kiedy ja przyjdę. Zawsze odpowiadałam, że: „Ja nie…” Ale z wiekiem nastąpił jakiś przełom, coś drgnęło. Zauważyłam, że mimo tego, że wstydziłam się przebywać w obecności sióstr zaczęło mnie to cieszyć. Nawet to, że mogę dotknąć ich habitu. Teraz może się to wydawać zabawne. Ale tak wtedy rozeznawałam moją drogę. Pan Bóg daje nam różne znaki. Postanowiłam zaryzykować. Powiedziałam cioci, a ona umówiła mnie na rozmowę z Siostrą Prowincjalną. Miałam datę wstąpienia. Mama, gdy się dowiedziała o mojej decyzji bardzo się przejęła. Powiedziała mi wtedy, że to jest poważna decyzja, na całe życie. Kolejnym krokiem było zwolnienie się z pracy. Postawiłam wszystko na jedną kartę. I tak wstąpiłam do naszego Zgromadzenia. Pamiętam też mój pierwszy posiłek. Moją uwagę przykuł napis, który znajdował się w refektarzu: „ Jeść będą ubodzy i najedzą się i chwalić będą Pana”. Tak, od tej chwili jestem uboga, to znaczy, że teraz sam Bóg zatroszczy się o mnie. Jak obiecał tak zrobił i troszczy się już tyle lat.
Pochodzę z Bytomia. Mnie i moje trzy siostry wychowywała mama. Tato był górnikiem, ale w czasach wojennych został wywieziony w głąb Rosji i już nigdy stamtąd nie wrócił. W domu było bardzo skromnie. Mama miała trudności z podjęciem pracy, bo musiała zajmować się małymi dziećmi. Dlatego też szybko podjęłam pracę, by pomóc finansowo. Skończyłam szkołę krawiecką i pracowałam w tym zawodzie.
A powołanie? Od dzieciństwa pociągało mnie życie zakonne. Moją mamę bardzo to cieszyło. Pierwszy kontakt z siostrami miałam, jako dziewczynka, bo w pobliżu domu Sióstr były huśtawki i chodziliśmy tam się bawić. Im byłam starsza tym bardziej dojrzewało we mnie pragnienie życia zakonnego. Jednak trudno mi było podjąć decyzję i odwlekałam ją w czasie. Wiedziałam, że jestem potrzebna w domu i przyzwyczaiłam się już do takiego życia. Pewnego dnia koleżanka mojej mamy zagadnęła mnie, czy nie chciałabym pójść do klasztoru. Zaczęłam ponownie się nad tym zastanawiać. Zaproponowała mi kontakt do swojej cioci, która była Mistrzynią u Sióstr Elżbietanek w Nysie. Brałam też pod uwagę Siostry Szkolne de Notre Dame w Opolu. To jednak nie było to. Duch Święty prowadził mnie inaczej, zgodnie z Bożym zamysłem. Zdecydowałam, że zgłoszę się do Nysy. Zrobiłam to w październiku. Siostry wyznaczyły mi termin przyjazdu na styczeń, a wstąpienia na sierpień. To znów oddaliło moment rozpoczęcia życia zakonnego. Przez cały ten czas rozeznawania stawiałam sprawę uczciwie, zwłaszcza w relacjach z innymi. Nie chciałam dwuznaczności: ja poważnie myślę o życiu zakonnym. Postulat rozpoczęłam w wieku 26 lat i szczęśliwie trwam w moim powołaniu już 50 lat. Posługuję siostrom, jako krawcowa, szyjąc habity i inne potrzebne rzeczy. Dziękuję Dobremu Bogu za cały ten czas, za ludzi, którzy mi towarzyszyli i wspierali. On ma swoje drogi, trzeba tylko dać Mu się poprowadzić.
Do Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety wstąpiłam po wojnie, ale nie od razu. Tata zmarł w Rosji, podczas działań wojennych, więc w domu nie było lekko. Szukałam pracy, by pomóc w utrzymaniu rodziny. Odprawiałam z mamą w tej intencji nowennę do św. Józefa. Był marzec. Miałam z koleżanką jechać na rowerze do Otmętu, by tam w zakładach szukać pracy. Czekało nas ok. 15 km drogi. Rankiem okazało się, że jechać nie mogę, bo dostałam dużego krwotoku z nosa. Mama bała się puścić mnie w tak daleką drogę. Zostałam w domu. Mama postanowiła nie marnować czasu. Pojechała do miasta z nadzieją, że może tam coś dla mnie znajdzie. Wróciła do domu z radością, a ja następnego dnia miałam mieć rozmowę wstępną. Gdy mama szła chodnikiem obok Domu św. Karola, pomyślała sobie, że to jest Dom Starców i może tam będzie potrzebna pomoc. W tym momencie z tego domu wyszła Siostra Przełożona i mama postanowiła spróbować. Siostra gdy usłyszała o co chodzi stwierdziła, że to chyba Anioł Stróż mamę przysłał. Wytłumaczyła, że właśnie jedna dziewczyna zwolniła się w trybie natychmiastowym i potrzebują pilnie kogoś na jej miejsce. Bardzo mnie to ucieszyło, więc następnego dnia wstawiłam się w umówionym miejscu. Siostra Przełożona przyjęła mnie do pracy.
Jesienią w tym domu miała się odbyć wizytacja Matki Prowincjalnej. Siostry poprosiły mnie o to bym poszła na dworzec i przyprowadziła ją do klasztoru. Po drodze porozmawiałyśmy troszeczkę. Matka pozostała na kilka dni. Po zakończonej wizytacji odprowadziłam ją na pociąg. Wtedy Matka zapytała mnie czy nie chciałabym wstąpić do Zgromadzenia. Powiedziałam, że właściwie to tak i nie. Chciałabym, ale nie mam wykształcenia, nie mam posagu, nie mam pieniędzy. Moja starsza siostra, która wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Służebnic Ducha Świętego miała to wszystko, a ja nie. Pamiętam że usłyszałam wtedy odpowiedź, że to nie jest ważne i nie stanowi przeszkody. Miałam przyjechać do Nysy na obłóczyny i dowiedzieć się więcej. Przyjechałam i okazało się, że do 13 stycznia muszę podjąć decyzję.
Gdy powiedziałam w domu, mama zmartwiła się tym, że nic nie mam. Wytłumaczyłam jej jak wygląda sytuacja. Ona odpowiedziała mi, że nie wszyscy mogą mieć wysokie stanowiska i są potrzebne osoby, które będą pracować i podejmować te proste posługi. Tak samo powiedziały mi potem Siostry.
Przyjechałam na wyznaczony dzień. Przy wstąpieniu zostałam zapytana czy się nie boję. Ksiądz Prymas był wtedy internowany, Kościół prześladowany. Odpowiedziałam, że nie: „Gdzie pójdą Siostry tam i ja pójdę”. I tak też było. W postulacie zostałyśmy wywiezione do obozu pracy do Gostynia. Miałam możliwość powrotu do domu. Mimo, że było ciężko zostałam z Siostrami. Gdy zostałyśmy zwolnione nie mogłyśmy powrócić do Nysy, dlatego obłóczyny i pierwsza profesja odbyły się w Katowicach. W tym roku mija już 60 lat jak ślubowałam Bogu żyć w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie.
O wstąpieniu do klasztoru marzyłam do dziecka. Fundament wiary dała mi babcia. Ona zaszczepiła we mnie wielkie umiłowanie Boga, Matki Bożej i modlitwy. Już w dzieciństwie modliłam się o dar powołania. Mama odkąd pamiętam chorowała, a zmarła gdy miałam 9 lat. W mojej parafii były Siostry Elżbietanki. Jako dziecko lubiłam chodzić do nich i pomagać im w różnych drobnych pracach. Gdy byłam po I Komunii Świętej jedna dziewczyna z naszej parafii miała obłóczyny. Siostra zabrała grupkę osób ze sobą, w tym mnie. Podczas uroczystości myślałam o tym czy ja też kiedyś będę tak mogła.
Z nowym rokiem szkolnym, po śmierci mamy, wyjechałam do rodziny w Kudowie. Spędziłam tam 4 lata. Tam skończyłam podstawówkę. Pomagałam też pasąc krowy. Lubiłam chodzić z nimi na łąkę i marzyć o życiu zakonnym. Wyobrażałam sobie jak pięknie byłoby być siostrą. Inni się ze mnie śmiali twierdząc, że ja i klasztor do siebie nie pasujemy. Do rodzinnej miejscowości wróciłam w wieku 15 lat. Myśl o Zgromadzeniu była bardzo silna, a przed wstąpieniem powstrzymywał mnie jedynie wiek.
W tym czasie była organizowana pielgrzymka z parafii do Częstochowy. Modliłam się gorąco przed cudownym obrazem, tak że straciłam poczucie czasu. Wyszłam z Kaplicy Cudownego Obrazu z przekonaniem, że Bóg da mi tę łaskę i niedługo będę siostrą. Wszystkie te sprawy powierzałam Maryi. Nie miałam swojej mamy, więc była nią Ona. Chodziłam do niej ze wszystkim.
W niedługim czasie odwiedziłam nasze siostry. Jedna z nich zapytała mnie co w końcu z tym moim wstąpieniem. Okazało się, że mój wiek nie jest przeszkodą, że piętnastolatki też przyjmują. Siostra za kilka dni jechała do Nysy, więc wzięła mnie ze sobą, a było to 8.12. Po załatwieniu wszystkich formalności ustaliłam datę wstąpienia. Miało to być jeszcze przed Nowym Rokiem. Po powrocie do domu powiedziałam rodzinie. Tata się ucieszył, reszta bliskich też. Problem był z rodziną z Kudowy. Twierdzili, że jestem za młoda, że życie zmarnuję, że to nie dla mnie, że za szybko. Im bardziej oni mnie zniechęcali, tym bardziej się utwierdzałam.
I wstąpiłam. Pan Bóg spełnił moje marzenie. Przez ponad 50 lat prowadzi mnie i umacnia, i jestem z Nim szczęśliwa.
Pochodzę z bardzo katolickiej rodziny. Rodzice dali mi silny fundament. Tak rodziło się moje powołanie. W domu była nas ósemka dzieci. Tata pływał barką. Wiem że pewnego razu dopłynął do Niemiec i tam w jednym z elżbietańskich klasztorów odwiedził naszą krewną, która tam pracowała jako osoba świecka. Po powrocie powiedział mamie, że te siostry tak pięknie śpiewały i nawet gdyby jego 5 córek chciałoby tam pójść, to pozwoliłby wszystkim. Niestety, tata zginął podczas wojny. Po wojnie było ciężko. Mama troszczyła się o nas jak mogła, starała się zapewnić nam jakąś przyszłość. Postarała się o zajęcie dla mnie: miałam pomagać siostrom franciszkankom z Otmętu. Chodziłam do nich chętnie i pomagałam w pracach domowych. Z Malni do Otmętu było już całkiem blisko. W tym czasie odbywała tam nowicjat moja starsza siostra. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, żebym mogła zostać siostrą zakonną.
Pewnego razu moja mama wybrała się w odwiedziny do Nysy. Przypadkiem spotkała siostrę elżbietankę i zapytała czy nie przyjęłyby jej córki do pracy. Okazało się, że zarówno elżbietanki, jak i służebnice Ducha Świętego, obecne w Nysie, mają miejsce i mogą kogoś przyjąć. Tym sposobem ja znalazłam się u elżbietanek, a moja starsza siostra u werbistek. Pracę zaczęłam w domu św. Jerzego przy ul. Słowiańskiej. Miałam wtedy prawie 17 lat. Pomagałam w ogrodzie i nawet mi się podobało. Po pewnym czasie dołączyły do wspólnoty tego domu postulantki, więc okazało się że muszę się przenieść do Domu Macierzystego, bo nie ma zajęcia dla nas wszystkich, a tam praca była. Odwiedzając moją siostrę dowiedziałam się, że u nich zwolniło się miejsce do pracy w ogrodzie, więc postanowiłam, że się przeniosę. Poszłam z tym do siostry przełożonej, ale ona kazała mi poczekać na siostrę prowincjalną i poprosić ją o rozmowę. Po kilku dniach w naszym domu była inna siostra, która mnie znała. Gdy dowiedziała się że chcę odejść, powiedziała mi: „Przecież mogłabyś zostać jedną z nas.” Wtedy zaczęłam się zastanawiać. I doszłam do wniosku, że właściwie to dlaczego nie. Poszłam do siostry prowincjalnej na rozmowę, tak jak planowałam, ale prosiłam już o przyjęcie do Zgromadzenia, a nie o odejście. Od tej pory śmieję się, że jestem do klasztoru namówiona. Cóż, Pan Bóg w różny sposób prowadzi i rożnymi drogami pozwala rozeznawać powołanie. Ale to jeszcze nie był koniec. Musiałam pojechać do domu po potrzebne dokumenty i aby porozmawiać z mamą. Okazało się, że moja siostra, ta z Nysy, też zamierza wstąpić do klasztoru do sióstr werbistek. Mama była zdziwiona. Nie chciała się zgodzić żebyśmy poszły obydwie naraz. Siostra, twierdząc że jestem młodsza, chciała żebym ustąpiła. Ale ja się uparłam i powiedziałam, że nie ustąpię. Ktoś musiał ulec i zrobiła to mama. Dała pozwolenie zarówno mnie jak i mojej siostrze. Wstąpiłam do Zgromadzenia i szczęśliwie w tym roku obchodzę 60-ty jubileusz życia zakonnego.
Do Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety wstąpiłam po maturze 15 września 1997r. Wcześniej nie znałam sióstr elżbietanek, a w domu miałam ulotkę informacyjną o zgromadzeniu po jednej z wycieczek do Nysy z grupą Marianek, do których należałam przez długi czas. I to było jedyne spotkanie, z którego pamiętam tylko miękkie klęczniki w kaplicy.
Właściwie trudno mi określić, kiedy zapragnęłam po raz pierwszy zostać siostrą zakonną. Pierwszy kontakt z siostrami miałam już w dzieciństwie na lekcjach religii. Później także w początkowych klasach szkoły podstawowej, kiedy należałam do grupy „Dzieci Maryi”, którą prowadziła siostra ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP z sąsiedniej parafii. Możliwe, że wtedy po raz pierwszy pojawiły się myśli, by służyć Panu Bogu jako siostra zakonna. Przez kolejne lata zmieniał się mój stosunek do tych myśli; raz się buntowałam, innym razem przyjmowałam to z radością i byłam gotowa poświęcić swoje życie Bogu, nawet prosiłam na modlitwie o łaskę powołania słowami: „Oto ja, poślij mnie”; jeszcze innym razem nie byłam pewna tego, co mam w życiu robić i pytałam Pana Boga jaka jest Jego wola. Prosiłam o jakiś znak, że jeżeli mam zostać siostrą zakonną, to chciałam, by Bóg posłał kogoś, kto się „na tym zna” i pomoże mi w dokonaniu wyboru. Najlepiej żeby to był kapłan.
Kiedyś śp. ksiądz proboszcz podczas kazania ubolewał nad tym, że z naszej parafii nie ma żadnych powołań kapłańskich i zakonnych. Wzywał ludzi do modlitwy o powołania. Poruszona tymi słowami codziennie w modlitwie przedstawiałam intencję: „Panie Jezu powołaj kogoś z naszej parafii.”
Kiedy przyszedł czas matury i wyboru dalszej drogi życiowej myślałam o tym, by poszukać sobie pracy, ponieważ moich rodziców nie stać było na opłacanie studiów. Zapomniałam, a może nie chciałam pamiętać o tym, że wcześniej w moich planach była jeszcze „inna” opcja.
Pewnego majowego, piątkowego wieczoru, po Mszy Św. dla młodzieży, podszedł do mnie ks. Marek, ówczesny wikary, i zapytał czy myślałam o życiu zakonnym. Było to dla mnie jak „objawienie” – w tym momencie przypomniałam sobie wszystko to, o co prosiłam Pana Boga i dokładnie stało się tak, jak sobie to wyobrażałam. Już nie mogłam i nie byłam w stanie uciekać przed Bogiem. Pozostało mi tylko wybrać miejsce i zgromadzenie. Dzięki pomocy księdza i Jego życzliwości poznałam siostry elżbietanki z Nysy. Po zdaniu matury, w czerwcu ksiądz przyjechał ze mną do Nysy, by umówić termin wstąpienia. I tak we wrześniu znalazłam się w Nysie.
W klasztorze ukończyłam studia pedagogiczne, a obecnie pracuję z osobami niepełnosprawnymi. W tym roku mija już 20 lat od mojego przyjazdu do Nysy. Jak to w życiu bywa – są chwile piękne, radosne, ale i trudne. To właśnie w tych ciężkich chwilach pomagała mi świadomość tego, że to nie ja wybrałam, ale to ja zostałam wybrana.
BOGU NIECH BĘDĄ DZIĘKI ZA WSZYSTKO CZYM MNIE KAŻDEGO DNIA OBDAROWUJE.
Do Zgromadzenia wstąpiłam w listopadzie 1949 r. Pochodzę ze Studziennej, dzielnicy Raciborza. Siostry Elżbietanki znałam od dawna, ale nigdy nie myślałam że zostanę jedną z nich.
Niedługo po wojnie zmarła moja mama, a tato ożenił się po raz drugi. Szukałam pomysłu na życie. To były ciężkie czasy. Miałam rodzinę w Krzanowicach. Siostry Elżbietanki prowadziły tam przedszkole. Pojawiła się propozycja by pomagać im, a jednocześnie uczyć się zawodu przedszkolanki. Zgodziłam się. W tym czasie Siostry często zaczepiały mnie mówiąc, że może wstąpiłabym do Zgromadzenia, że na ich oko to mam powołanie. Zawsze stanowczo i kategorycznie odmawiałam mówiąc, że nie chcę być zakonnicą! Niestety, sytuacja polityczna w tym czasie była na tyle trudna, że Siostrom odebrano przedszkole, a ja zostałam bez pracy i bez zawodu. Próbowałam szczęścia jako fryzjerka, ale z tego ostatecznie też nic nie wyszło. Szukałam miejsca dla siebie i perspektyw na przyszłość. Czasem droczyłam się z tatą, że pójdę do klasztoru. On zawsze wtedy ostro komentował, że nigdzie mnie nie puści.
Pewnej nocy miałam sen. Śniła mi się moja zmarła mama. Stała na skrzyżowaniu dróg, naprzeciwko mnie i była bardzo smutna. Od tej pory było mi w domu źle. Nie mogłam się tam odnaleźć, a jednocześnie było mi coraz bliżej do Pan Boga. Postanowiłam szukać rady u Sióstr w Krzanowicach. Gdy opowiedziałam im jak wygląda sytuacja to usłyszałam: „To jednak masz powołanie!” Dowiedziałam się, że za kilka dni w ich domu będzie wizytacja i mogłabym porozmawiać z Siostrą Prowincjalną. W wyznaczonym dniu wstawiłam się na rozmowę. W domu rodzeństwo wiedziało, ale tacie nie miałam odwagi powiedzieć, bojąc się jego reakcji. Przedstawiłam moją sytuację Siostrze Prowincjalnej. Ona ucieszyła się i zaproponowała, że w domu mogę powiedzieć , że jadę do Nysy uczyć się zawodu pielęgniarki u Sióstr, by tata nie robił mi problemów. Nie miałam też potrzebnych rzeczy, „wyprawki” do klasztoru. Wtedy Siostra Prowincjalna z życzliwością powiedziała, że dostanę wszystko co potrzebne i odpracuję to w szpitalu. Zbliżał się dzień wyjazdu. Musiałam się trzymać, by rodzice niczego się nie domyślili. Siostra odprowadziła mnie na pociąg. To był bardzo trudny moment. Rozpoczynałam nowe życie bez błogosławieństwa taty. Dotarłam do Nysy. Miasto było zniszczone po wojnie. Droga do klasztoru wiodła pomiędzy gruzami. Dołączyłam do grona postulantek jako 28. Siostry dały mi wszystkie potrzebne rzeczy. Niedługo potem rozpoczęłam naukę pielęgniarstwa. To był czas gdzie miałam dużo wątpliwości. W okolicy Bożego Narodzenia Siostra Prowincjalna wezwała mnie do siebie na rozmowę. Powiedziała, że opuściłam dom jak uciekinier i muszę tam wrócić, by poprosić tatę o błogosławieństwo. Bałam się, że gdy pojadę to mnie już do Nysy nie puszczą. Wiedziałam jednocześnie, że muszę to zrobić. Pojechała 6.01. Pamiętam, że towarzyszyło mi wiele emocji. Ostatecznie niechętnie, ale tata pobłogosławił mi na nowej drodze życia. Dotarłam do Nysy ostatnim pociągiem. Gdy weszłam do klasztoru wszyscy już spali. Siostry były przekonane, że już nie wrócę. Jak wielka była ich radość, gdy zobaczyły mnie rano w kaplicy.
Po pewnym czasie miałam drugi sen. Stałam nad grobem mamy i ją zobaczyłam. Tym razem była piękna i radosna. Cały czas powtarzała mi: „Wiesz jak tam jest pięknie!” Zapytałam ją, czy też się tam znajdę. A ona spoważniała i odpowiedziała mi: „ Postępuj tak żebyś się tam znalazła.” Te słowa prowadziły mnie przez całe moje życie. A tata… ostatecznie to ja zajmowałam się nim przed śmiercią i byłam z nim do końca. Wtedy, po wielu latach od wstąpienia, wyraził radość z mojej decyzji i z tego że się na nią zgodził: „Co by to było, jakbyśmy Ciebie nie mieli.”
Do Zgromadzenia wstąpiłam w wieku 18 lat. Nigdy o tym nie myślałam. Moim marzeniem było zostać pielęgniarką, ale wtedy bardzo trudno było się dostać do liceum pielęgniarskiego. Poza tym ja nie lubiłam się uczyć.
Za namową taty poszłam do zawodówki, by zostać krawcową. Tego zawodu też nie lubiłam. Szkołę skończyłam dlatego, że koleżanki szyły za mnie, a ja zapewniałam im rozrywkę i dobrą zabawę. Co do przyszłości to plany wiązałam z czymś innym. Chciałam być policjantką albo taksówkarzem. Zrobiłam nawet prawo jazdy na samochód i na motor, a że motor w domu był, a samochód nie, to często robiłam sobie przejażdżki motorem. W ostatniej klasie zawodówki dwie moje koleżanki przyszły do mnie z wiadomością, że chcą wstąpić do klasztoru. Próbowały namówić mnie na rekolekcje, ale ja zawsze unikałam sióstr, bo nigdy nie miałam z nimi styczności i nie bardzo wiedziałam jak mam z nimi rozmawiać. Ostatecznie udało im się i mnie namówiły.
Do Nysy dostałyśmy się samochodem. Przyglądając się siostrom stwierdziłam, że są całkiem ładne, miłe i nawet niektóre pobożnie się modlą. To ich życie wspólne też nawet mi się spodobało. Treści rekolekcyjne skłaniały do refleksji nad swoim życiem i pytaniem co dalej? Postanowiłam spróbować. Skoro Siostry mogą tak żyć to dlaczego nie ja. Podczas rozmowy z jedną z Sióstr powiedziałam jej że chcę wstąpić do klasztoru. Ona zapytała mnie czy czuję powołanie od dziecka. Moja odpowiedź brzmiała że od teraz, od rekolekcji. Siostra stwierdziła, ze to jest młodzieńczy wybryk i moje powołanie jest chwilowe, że mi przejdzie. Kazała mi po rekolekcjach wrócić do domu i odczekać pół roku.
To było bardzo długie pół roku. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Rodzice w tym czasie marzyli o tym że się niemi zajmę na starość jako najmłodsze z sześciorga dzieci. A ja czekałam.
Zimą pod pretekstem zakupu kurtki w Nysie przyjechałam do Sióstr. Miałam problem jak je znaleźć, bo nie pamiętałam drogi. Ostatecznie z przygodami, ale trafiłam. Spotkałam się z siostrą z którą poprzednio rozmawiałam. Ona bardzo zdziwiła się na mój widok, bo nie bardzo mnie pamiętała. Po rozmowie ustaliłyśmy termin wstąpienia i wróciłam do domu. Tam nikt się niczego nie spodziewał. Zostały mi 2 tygodnie i problem jak ja mam im to powiedzieć, od kogo zacząć. Pierwsza była mama. Zareagowała płaczem. Ale po chwili powiedziała mi, że jak raz zawierzyła mnie Bogu to drugi raz też to zrobi. Okazało się, że gdy była ze mną w ciąży to lekarz kazał jej dokonać aborcji, bo ja miałam nie przeżyć, a mamy życie też było zagrożone. Mama stanowczo odmówiła i oddała mnie w ręce Boga. Powiedziała mi wtedy, że jeśli będę szczęśliwa to mam iść. Gorzej było z tatą. Moje plany nie zgadzały się z jego planami na moje życie. Później się dowiedziałam że bardzo za mną płakał. Dwa tygodnie minęły szybko. Zebrałam potrzebne rzeczy i dzień wcześniej wybrałam się jeszcze raz na przejażdżkę motorem.
Wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety 11.02 we wspomnienie Matki Bożej Lourdzkiej. W klasztorze zrobiłam maturę i szkołę pielęgniarską. Wiele lat pracowałam na neurologii w Nyskim szpitalu, a teraz jestem na emeryturze i zajmuję się chorymi w domu. Wiele się przez te lata działo, bo 44 lata życia zakonnego to już ładny kawałek czasu.
